Strony

Przystań

czwartek, 16 lutego 2023

Udostępnij ten wpis:

 Mamy i kontynuację "Uśpionego nieba" Gabrieli Kotas, w książce "Przystań" od Wydawnictwa Million

Anna wykorzystana, a następnie porzucona przez księdza musi poukładać sobie swoje życie na nowo. Co wcale nie jest łatwe.

Czy Annie uda się odzyskać spokój i zdrowie? Co jeszcze spotka ją w życiu?

Przebaczenie, walka, miłość

Ta książka to kontynuacja losów Anny przez lata związanej z księdzem. Mamy tu okazję zobaczyć jej walkę. Walkę przede wszystkim ze sobą. Ciężkie przeżycia, które ma za sobą doprowadziły ją do ściany, ale na szczęście miała okazję spotkać na swojej drodze osoby, które bardzo jej pomogły. Jednak budowanie swojej osoby od podstaw jest niezmiernie trudne. Nawet mimo otaczających życzliwych ludzi ciężko poradzić sobie z własnym wnętrzem, zwłaszcza gdy nie znamy odpowiedzi na nurtujące pytania. Niestety czasem pozostaje tylko pogodzenie się z tym i nie podejmowanie prób szukania odpowiedzi. Nie jest to łatwe, ale najzwyczajniej nie ma innego wyjścia jeśli jednak chce się przetrwać i iść dalej do przodu.
Anna otrzymuje swego rodzaju motywację aby walczyć i nie oglądając się za siebie patrzeć w przyszłość. Pozwala jej to na nieco inne spojrzenie na świat. Zwłaszcza, że tak wiele osób jest przy niej. Nie odwróciły się od niej, a kolejne wręcz same stają na jej drodze, dzięki czemu mamy okazję zobaczyć jak podobna relacja wyglądała w ich przypadkach.
Książka, choć nie brakuje w niej chwil wręcz dramatycznych, ogólnie jest dość spokojna, wręcz powiedziała bym, że stonowana. Czyta się ją dobrze, ale bez większych wybuchów emocjonalnych. Chyba, że liczyć te, które towarzyszą bohaterom na wspomnienie o osobie, która jest odpowiedzialna za zły stan Anny. Może i owszem całej winy na księdza nie można zrzucić, ale jednak w dużej mierze to on zawinił i jest odpowiedzialny za taki, a nie inny ogląd sytuacji.
Niemniej jestem ciekawa kolejnych podobnych historii, bo te autorka już zapowiedziała. I tak jak wspomina, takich przypadków jest wiele. Taka sytuacja nie dotyczy tylko jednego przypadku, ale mało kto ma odwagę o tym głośno mówić.

Daję 8 ;)

Zainteresowanych odsyłam na LC oraz Fb wydawnictwa

Cytaty/fragmenty, które wpadły mi w oko:

"Jedno życie mamy dane i czy zrobimy z niego drogę przez mękę, czy dobrą zabawę to nasza, tylko i wyłącznie nasza decyzja."

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Million

Zapraszam na kolejne wpisy i zachęcam do komentowania ;) 

Czytaj dalej »

Barbarzyńca

wtorek, 14 lutego 2023

Udostępnij ten wpis:

Była premiera, więc i przyszła pora na moją opinię o najnowszej książce Anny Wolf "Barbarzyńca".


Lothar dowodzi bandą Sasów. Najeżdżają na Brytanię. Łupią, pal, gwałcą i zabijają każdego kto nie chce im się poddać. Gdy dowiadują się, że w pobliżu jest osada, którą rządzi kobieta, uznają ją za łatwy cel. Jeden z wojowników postępuje wbrew woli przywódcy czym naraża się na jego gniew.
Elena choć nie darzy najeźdźców sympatią, to jednak z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się do ich przywódcy. 

Czy Lothar zaskarbi sobie uczucia Eleny? Czy barbarzyńcy są, aż tak straszni jak o nich opowiadają? Czy każdy z nich jest taki sami jak inni? 

Mord, niepewność, walka,

W tej książce autorka stworzyła nieco przerażającą opowieść o spotkaniu z ludźmi, którzy siali postrach wśród potencjalnych ofiar. Przedstawia ich jako groźnych i wręcz bezdusznych. Brali co chcieli, mordowali każdego kto nie chciał im się poddać, i zostawiali po sobie zgliszcza wszędzie tam gdzie mieli okazję się zapuścić. Jedyną opcją przeżycia, było poddanie się ich woli, choć i to nie gwarantowało spokoju i długiego życia.
Widzimy tu jednak pewną przemianę "tych dzikusów". Gdy dotarli do Ryton wódz postanawia osiedlić się tu na stałe. W związku z tym muszą zaopiekować się mieszkającymi tu ludźmi. Zadbać o ich bezpieczeństwo, a także skupić się na życiu codziennym. Dużą rolę odgrywa tu sama Elena, która mimo doznanych krzywd i wbrew swej woli podporządkowuje się, ale i mimo strachu potrafi przekonać Lothara do własnego zdania. Choć ich początki są trudne, to po jakimś czasie dogadują się z sobą bez problemu. Ba, oni wręcz nie mogą bez siebie żyć, mimo że dość długo żadne z nich nie chce się do tego przyznać, ani przed sobą samym, ani tym bardziej przed tym drugim.
Stylizowany język, zastosowany w powieści, opisy miejsc, strojów, zachowań pobudzają wyobraźnię i wręcz przenoszą czytelnika do tamtego świata. I po raz kolejny mamy okazję zobaczyć jak wielki wojownik, postrach wszystkich w koło dzięki łagodności potrafi zmienić się w potulnego kociaka. Nie zawiodą się również osoby, które lubią sceny nieco pikantniejsze, bo i tych nie brakuje.
Jedno co mnie interesuje, a czego brakuje mi w książce, to rozwój relacji z sąsiadami zza wału Hadriana, po ich pomocy w walce. Myślę, że ten wątek mógłby być interesująco rozwinięty i dodać nieco ciekawego smaczku. Swoją drogą, że samo wprowadzenie tego pomysłu jest już dość ekscytujące.
Jak potoczyły się losy Lothara i Eleny musicie przeczytać sami, ale zapewniam Was, że nie będziecie się nudzić, a książkę połkniecie nim się obejrzycie ;)

Daję 7 ;)

Zainteresowanych odsyłam na LC oraz FB wydawnictwa

Cytaty/fragmenty, które wpadły mi w oko:

"...bronią nie jest tylko miecz..."

"...jutro jest tylko nadzieją, nie obietnicą."

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Muza/Akurat

Zapraszam na kolejne wpisy i zachęcam do komentowania ;)

Czytaj dalej »

Va banque

piątek, 10 lutego 2023

Udostępnij ten wpis:

Nadeszłą i pora na podzielenie się z Wami moją opinią na temat najnowszej książki Magdaleny Winnickiej "Va banque"


Na gali charytatywnej Jesper zostaje zaatakowany przed Filomenę. Odpowiedź jest gwałtowna i jednoznaczna, jednak czy aby na pewno wszystko poszło zgodnie z planem? 

Strach, tortury, niepewność

Filomena popełnia kardynalny błąd grożąc Jesperowi i jego najbliższym. I choć poniosły ją nerwy, to chyba sama nie zdaje sobie do końca sprawy z tego co zrobiła. Jest to doskonały przykład jej nie do końca rozważnej postawy, ale i determinacji. Konsekwencje tego są ciężkie do przewidzenia, choć to co autorka zgotowała bohaterom jest dość zaskakujące i nieoczekiwane. Z jednej strony muszą borykać się z problemami typowymi dla ludzi z ich świata. Z drugiej muszą stawiać czoła życiu, które dotyczy każdego z nas, wręcz typowo przyziemnych spraw. Sytuacja zdaje się być trudniejsza gdy te problemy łączą się z sobą i ciężko znaleźć dobre rozwiązanie w chwili gdy żadne nie wydaje się odpowiednie. W dodatku naszym najbliższym zagraża niewidzialny wróg, z którym ciężko walczyć.
Nie wiem, który z bohaterów spodobał mi się w tej książce najbardziej. A raczej czyja postawa. Każdy z nich w pewnym stopniu zasłużył zarówno na pochwałę jak i naganę. Niemniej chyba jednak Filomena jest taką moją małą bohaterką. Owszem dała ponieść się emocjom, ale jednak ciężko ją złamać. Choć są chwilę, że wydaje się, że już po niej, że się nie podniesie, to jednak ona wstaje i idzie dalej. Żeby miała się czołgać to brnie przed siebie. Może nie zawsze we właściwym kierunku, jednak nie zatrzymuje się w miejscu tylko prze na przód. I choć nie rozumie wielu rzeczy to udaje jej się dotrzeć dalej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, że dotrze. Swoją drogą, że ma też niesamowity wpływ na zachowanie Jespera. Choć mogłoby się wydawać, że nic nie zrobi na niego wrażenia, że zawsze będzie trochę zbyt porywczy to mimo wszystko okazuje się, że potrafi, przynajmniej od czasu do czasu, zachować się jak dorosły człowiek, a nie jak rozwydrzony dzieciak. 
W tej części autorka zbudowała kolejną nieco zagmatwaną relację i to co wydawało się być oczywistym wale nie musi takim być. To co dla jednych jest szczęściem dla innych staje się piekłem. A gdy wydaje się, że wszystko zaczęło się układać po myśli bohaterów, otrzymują przysłowiowym "obuchem w łeb" i muszą mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami. Niemniej przyjemnie obserwuje się ich zachowania. Przemyślenia, które są tak przyziemne, że aż nieco zaskakujące, że mogą przydarzyć się komuś tak pewnemu w swoich codziennych poczynaniach. Do tego przykład "odwróconego" syndromu sztokholmskiego jest również nieco zabawny, a niebezpieczeństwo jakie im towarzyszy tylko dodaje pikanterii. Ciężko się oderwać od książki, przez co jest to jeden z tych tytułów, które jednocześnie chce i nie chce się skończyć, ale akcja wciąga na tyle, że najchętniej od razu sięgnęło by się po kontynuację losów tej familii. Nie ukrywam, że końcówka wzbudziła taką ciekawość, iż sądzę, że kolejny tom również będzie bardzo interesujący i będzie się w nim dużo działo. Jednak, jak i wszyscy zainteresowani, czekam cierpliwie i mam nadzieję, że autorka nie każe nam tego robić w nieskończoność ;)

Daję 8 ;)

Zainteresowanych odsyłam na LC oraz FB wydawnictwa

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Muza/Akurat

Zapraszam na kolejne wpisy i zachęcam do komentowania ;) 

Czytaj dalej »

Opera na trzy śmierci - fragment

środa, 8 lutego 2023

Udostępnij ten wpis:

Tym razem dla zainteresowanych, jeszcze przed premierą książki "Opera na trzy śmieci" Sylwii Stano mamy fragment książki:


"FRAGMENT KSIĄŻKI

Była geniuszką. Przynajmniej w sprawianiu sobie drobnych przyjemności. Sekret polegał na tym, żeby się nie wahać – od razu ulegać nawet błahym zachciankom. Brała wszystko, co dawało jej radość. Żeby tylko nie pozwolić popłynąć łzom, które cisnęły się do oczu każdego ranka. Łzom, które wynikały z przekonania, że ani jedno marzenie tego dnia się nie spełni. Ani jedno!
Dziś więc, zamiast marzeń, pod szorstką wełnianą sukienką była
jedwabna halka, uszyta ze starych, miękkich skrawków, kropla mdląco słodkiego likieru, którą znalaz ła na dnie kieliszka, i poskręcana kora kasztanowca pod opuszkami palców. I jeszcze wspomnienie małych, okrągłych piersi dziewczyny, którą poznała poprzedniego wieczoru. Jej talii w półmroku, gdy ocknęła się z przelotnego zamroczenia. A potem gwałtownego szarpnięcia za ramię, które nie pozwoliło jej wypaść z tramwaju.

Studenci rozeszli się już po zajęciach. Gustawa Starewicz wyjęła
szpilki przytrzymujące niski kok i uwolniła jasne włosy. Upewniła się, że w pobliżu nie ma nikogo, po czym wyciągnęła się na trawie i liściach. Zaszeleściło. Z otwartego okna akademii muzycznej dobiegał dźwięk klarnetu. Ktoś oddychał muzyką, a ona słuchała, jak dźwięk zaczarowywał świat. Mówiła dziś o początkach opery, ale tak naprawdę opowiadała o fakturze i kolorze głosu. Muzyka była językiem: specyficznym, czystym. Językiem, który rozumieliśmy na długo przed słowami. Może był to język tak stary, że nie potrzebował słów? Chwyciła mały listeczek i dmuchnęła mocno, mocno, sprawiając, że poszybował w górę.

Z okna na parterze wychyliła się tyczkowata dziewczyna w sukience
w niebieską kratę i z krótkimi włosami do ramion na współczesną modłę.
Gusta, nie tarzaj się tam jak dzik w żołędziach, tylko zasuwaj na

górę! – zawołała. – Próba jest, do cholery! Wakacje się skończyły!

Już, Kalina! – odkrzyknęła. – Daj mi chwilę.


Wstała, otrzepała się z liści i na powrót upięła ciasno włosy. Serce
dostraja się do muzyki. Potrafi zabić mocniej przy dźwięku, który stroi z jego uczuciami. Zwalnia i przyspiesza. Głos natomiast dostraja się do innych ludzi. W grupie śpiewa się łatwiej, bo dźwięki łączą się ze sobą, tworząc całość. Nie rozróżniała własnego głosu wśród innych sopranistek.
Była jak liść wśród innych liści i to zanurzenie we wspólnym brzmieniu
sprawiało jej przyjemność. Jedną z tych drobnych.
Wystarczy – powiedziała Kalina, gdy wybrzmiała ostatnia nuta
pieśni i zapadła cisza, którą Gusta odbierała jako zaskakująco gęstą wibrację w uszach. Świat za oknem pogrążał się w ciemności, a krople deszczu uderzały o parapety okien i o podłogę. Dach przeciekał i w kącie
pokoju stało kilka wyszczerbionych garnków.

Jest prąd? Zapalimy światło? – zapytała Gusta, odwracając
wzrok od dziury bielejącej w ciemnych pończochach. Ciaśniej owinęła się szalem.
Gdzieś tu chyba są świece!

Danka, niepozorna szatynka z lekką nadwagą i tłustą grzywką,
zaczęła przeszukiwać swoją torbę. – Ja też dziś pamiętałam – oznajmiła Kalina, ale kiedy otworzyła worek i zaczęła w nim szperać, zaklęła ze złością: – Szlag by ją trafił! Danka odwijała z szeleszczącego papieru
chleb z serem, a Gusta wyciągnęła kawałek świeczki i zapałki. Poczuła, że
z głodu burczy jej w brzuchu.
Pończochy i szminkę od tej staczki z Marszałkowskiej mi
buchnęła! – narzekała Kalina, czerwieniąc wąskie usta resztką pomadki, którą wydłubywała poobgryzanym paznokciem z pudełeczka.
Dobrze, że ja nie mam siostry – stwierdziła Danka z pełnymi
ustami.
Gusta przysłuchiwała się rozmowie. Bez puszystości dźwięku znów
robiło się ponuro, biednie i ciężko na sercu. Jej brat nie odzywał się od dwóch lat, od końca wojny. Żadnego listu, kartki, nawet słowa!
Chleb dobry od niej kupiłam. I kiełbasę – wymieniała Kalina. –
Do uszarganej śmierci chyba tam będę chodzić.
Też bym poszła, ale strasznie bolą mnie dziś kolana. I głowa. –
Danka przełknęła ostatni kęs i westchnęła. – Kalina, masz może to swoje cudowne lekarstwo, które pomaga przetrwać?
Kupujecie i kupujecie, a mnie wciąż brakuje forsy – wtrąciła się
Gusta. – Matka ciągle mi wytyka, że tkaczki i prządki poszukiwane „na już”! A ze śpiewu mąki nie będzie i że trzeba było pójść w rzemiosło. No a najlepiej to wyjść za mąż i mieć chociaż kawałek pola.
To wiadomo, że za mąż najlepiej, byle bogato! – Kalina zaśmiała
się, marszcząc swój zadarty nosek, który uniósł się jeszcze bardziej. – Ale mamy fuchę, jeśli miałabyś ochotę.
Kalina spojrzała na Dankę, która obślinionym palcem zbierała
okruchy z poplamionego kołnierza i wkładała sobie do ust.
Nawet już dziś, za mnie – powiedziała, a jej jasne oczy na chwilę
zatrzymały się na twarzy Gusty. – Coś mnie bierze, a ty bez grosza, płótno w kieszeni, więc się dobrze składa. Poza tym on chyba lubi takie małe, biuściaste i biodrzaste, jak te pin-up girls w amerykańskich pismach.
Kalina wyciągnęła buteleczkę i podała Dance.

Ty też chcesz? – spytała Gusty, kiedy Danka pociągnęła łyk.

Gusta skinęła głową.

Bardzo chcę fuchę – powiedziała.


Weszły w aleję Stalina, którą warszawiacy z przyzwyczajenia wciąż
jeszcze nazywali Alejami Ujazdowskimi. W czasie wojny ulica kilkakrotnie zmieniała nazwę. Była już Siegesstrasse i Lindenallee. Zwycięstwa się skończyły, a lipy zostały. Skręciły za placem Trzech Krzyży w lewo. Gustę ciekawiło, dokąd idą, ale Kalina tylko wzruszała ramionami, jakby dość miała tłumaczenia, choć nic właściwie nie powiedziała, oprócz tego, że potrzebuje witamin, kisielu i kapusty kiszonej, oraz coś o utraconym akordeonie.
Poza tym wszystko sama zobaczysz, jak tylko dotrzemy na
miejsce. To już niedaleko – powtarzała.
Szanowna pani kupi cegłę? – Tuż za plecami usłyszały nagle
czyjeś natarczywe pytanie.
Gusta wyciągnęła z kieszeni cegłę i pokazała ją z nieśmiałym
uśmiechem, po czym pociągnęła Kalinę za rękaw, żeby przyspieszyć kroku.

Mijały kolorowe kramy i stragany sklecone byle jak z łuszczących
się desek, starych framug i położonych płas ko drzwi. Bogactwo nie warte trzech groszy i obietnica luksusu, które wyrastały na każdym rogu i w każdej bramie, jak fosforyzujące grzyby na spróchniałym pniu. Tak, wydawać by się mogło, że znów jest kolorowo i że gdziekolwiek spojrzeć, wyrasta coś nowego, ale każdy już nauczył się patrzeć tylko tam, gdzie coś się działo. Tu i ówdzie słyszało się: „Jedwabne pończochy do tańca i do ślubu” albo „Nie trać więcej ani chwili, zacznij leczyć swój syfilis”, albo „Bogate ciastka grubo pokryte kremem! Przez żołądek do serca mężczyzny!”. Jakiś afisz głosił: „Piękne kwiaty pomogą zapomnieć o dziurze w ścianie”. Akurat! Ani ciastka, ani kwiaty – nic nie zagoi tych blizn ani nie pomoże pokonać tego strachu.
Szły w milczeniu. Gusta wsłuchiwała się w odgłosy miasta. Kapało
z rynien, w bramach stały prostytutki i chichotały, żebrak bez ręki siedział pod daszkiem z rudej blachy, memłał coś w ustach.
Franco zaostrza terror w Hiszpanii! – wykrzykiwał gazeciarz. –
Łapanki, egzekucje i gwałty! „Express Wieczorny”, panie i panowie, tylko trzy złote!

Wszystkie te dźwięki układały jej się w szumiącą symfonię.
Czytała tego ranka w „Życiu Warszawy”, że mieszkańcom przeszkadza gwar miasta, ale jej wydawał się ożywczy, był oznaką odradzania się. Jednak z dala od zgiełku kramów panowała cisza. Nikt nie chciał patrzeć na zrujnowane kamienice, każdy omijał wzrokiem te fragmenty miasta, które wciąż przypominały o śmierci i trwodze. Trzeba się było pilnować i patrzeć w oświetlone witryny sklepów, bo inaczej nagle, na drugim planie, wyłaniały się wypalone ruiny o czarnych, pustych oknach. I kruchy spokój pierzchał, a dziurawy chodnik coraz gęściej pokrywał się
brunatnym błotem, fatamorgana rozmywała się w deszczu i wszystko
przyjmowało ten sam bury kolor.

Przyspieszyły kroku. Padało coraz gęściej, z gruzów spływały
brudnożółte potoki. Śmierdziało i robiło się lodowato. Gusta już nawet nie próbowała omijać kałuż, grzęzła w strumieniu błota. Bardzo przydałyby mi się nowe, mocne trzewiki, pomyślała, gdy poczuła, że pończochy
przemokły i zaczyna chlupotać jej w butach."

Czytaj dalej »

Do cna

poniedziałek, 6 lutego 2023

Udostępnij ten wpis:

 Kilka słów o książce Katarzyny Bondy "Do cna" po jej lekturze


W Żyrardowie zostają znalezione kości. Ugotowane ludzkie kości. Jako, że Anton nie daje znaku życia jego matka postanawia wynająć detektywa. Gdy Jakub zaczyna swoją pracę okazuje się, że jest wiele tajemnic, o których nie poinformowała go zleceniodawczyni. Może nie wszystkie są wiarygodne, jednak wzbudzają sporo zainteresowania i kontrowersji. 

Gdzie jest chłopak? Co dzieje się w okolicy? Kto będzie kolejną ofiarą?

Kłamstwa, intrygi, fantazje, wyrachowanie, niepewność.

W tej części Jakub musi zmierzyć się z kolejnym nie łatwym zadaniem. Nie łatwym tym bardziej, że nawet zleceniodawca nie jest od początku szczery. Zamiast uzyskać wszystkie najpotrzebniejsze informacje od razu i móc działać w pełni sprawnie od początku, wiele musi wręcz siłą wyrywać od innych, za co jeszcze dostaje burę od interesanta.
Nie jest to łatwe śledztwo, ale dzięki temu mamy okazję przyjrzeć się ciężkiej i niebezpiecznej pracy jaką musi wykonać. Nim dotrze do sedna musi zmierzyć się z całą serią niepowodzeń. Stawić czoło niebezpieczeństwu. No i obejść dość szeroko rozciągniętą sieć korupcji i powiązań między poszczególnymi osobami biorącymi udział w całym przedsięwzięciu. W pewnym momencie dość ciężko określić kto mówi prawdę, a kto tylko gra, i kryje sprawcę. Wiadomo za to, w 100%, że w okolicy krąży niebezpieczny morderca, który wkrótce uderzy ponownie. Czy uda się znaleźć go przed kolejnym atakiem?
Książkę czyta się całkiem nieźle mimo tych wszystkich przeciwności, które napotyka Sobieski, nie poddaje się. Szuka kolejnych poszlak, zadaje niewygodne pytania. Wyrzucony drzwiami wchodzi oknem. I choć sam zostaje ranny, to dąży do odkrycia prawdy, choćby ta miała okazać się jeszcze bardziej przerażająca od tego co już wie.
Możemy się tu przekonać, po raz kolejny, jakie podejście do innych mają bogacze. Aby uniknąć skandalu i plotek zrobią wszystko co tylko mogą. Tak samo jak nie liczą się z innymi, byle tylko uzyskać to na co mają ochotę. Liczą się dla nich ich własne dobro i realizacja planów, które aby osiągnąć są w stanie poświęcić bardzo dużo. Może nie generalizujmy, ale jednak obraz osób majętnych, jaki wyłania się z nie tylko z tej książki raczej nie stawia ich w zbyt przychylnym świetle. Dodatkowo świadomość, że ktoś mógłby sam dobrowolnie chcieć położyć się na czyimś talerzu, lub że ktoś w ogóle mógłby chcieć smakować mięsa swojego własnego gatunku raczej nie napawa optymizmem i zakrawa raczej o dość ekstrawagancką fanaberię. Jakby nie było czym innym jest akt kanibalizmu z powodu ekstremalnej sytuacji w jakiej dana osoba się znalazła, a czym innym w pełni świadome polowanie na swoje ofiary w tym konkretnym celu. Raczej zakrawa to o skrajne zaburzenia niż normalną reakcję zdrowego psychicznie człowieka. Ale, może to tylko moje zdanie w tym temacie?
Czy udało się rozwiązać zagadkę i uniknąć kolejnych ofiar, to już musicie przekonać się sami sięgając po tę książkę ;)

Daję 7 ;)

Zainteresowanych odsyłam na LC oraz FB wydawnictwa

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Muza

Zapraszam na kolejne wpisy i zachęcam do komentowania ;) 

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia